Jak byśmy mieli mało roboty, bylibyśmy niewystarczająco zmeczeni i zupełnie nie głodni – pojechaliśmy prosto od Piotra do Mózgu na koncert. Koncert nie inaczej, ale inny. Podzielony na dwie częsci, pierwsza znana z poprzednich wystepów, jednak wyjątkowo dobrze brzmiąca. Chociaż Klops jak zwykle narzeka niemiłosiernie :) Pierwsza połowa za sprawą Radka się odbyła między innymi. Drugą, to oddanie trabek, gwizdków i klawiszy nowej gwardii.
Atmosfera też inna. Koncert otoczony firankami. A na nich dwa filmy się snuły. Była kosmiczna projekcja na firankach trzy de. Kosmita sie pojawiał i chodził po kosmicku. Akcja na Ziemii się działa jednak. I spodek był też. Drugie, to w kosmosie było. Po przerwie drugie. O ludziach w kosmosie. Wyłaniali się z plastikowych worków na śmieci. To chyba były kokony.
Częstotliwości w jakie wokalista czasem wpada przyprawiają mnie o zawrót głowy. Dosłownie. Nie przyswajam wysokich dzwięków. Niektóre jego słowa słychać nie w uszach, a gdzieś z tyłu głowy. Czasem bolesne. Rezonans w uszach. Ale za to bas… Paaanie, cóż to jest za bas :)
Podobało mi się dziś. Podobno na następny występ będzie trzeba sie troche naczekać. Więc oficjalnie mozna powiedzieć, że czekamy :)
Godzina 23:30. Wreszcie jesteśmy w domach. Całe 30 minut soboty na zajęcie się sobą. A nie. Jednak nie. Musze oporządzić zwierzaki. I pomyśleć, że większość moich wcześniejszych sobót, to sen do piętnastej, piżama do 19, telewizor i dużo odpoczynku. Paranoid android.


